OPIS
Jest taki himalajski kolos, o którym alpiniści mówią z mieszaniną zachwytu i przerażenia. Annapurna – na pierwszy rzut oka po prostu jedna z wielu ośmiotysięczników, ale statystyki nie kłamią – to najniebezpieczniejsza góra świata. Każdy trzeci wspinacz, który próbował zdobyć jej szczyt, nigdy nie wrócił do domu. Co sprawia, że ta piękna górska królowa ma tak morderczy charakter? I dlaczego mimo zabójczej reputacji, wciąż przyciąga najodważniejszych śmiałków z całego świata?
Górska bogini obfitości, która zabiera życie
Annapurna to nie tylko góra – to cały masyw górski położony w środkowym Nepalu, stanowiący część łańcucha Himalajów. Nazwa „Annapurna” ma swoje korzenie w sanskrycie i można ją tłumaczyć jako „Bogini Obfitości” lub „Ta, Która Karmi”. Dość ironiczne, zważywszy na to, jak zachłannie ta góra „pożera” tych, którzy próbują stanąć na jej wierzchołku.
Główny szczyt masywu – Annapurna I – wznosi się na wysokość 8091 metrów n.p.m., zajmując dziesiąte miejsce na liście najwyższych gór świata. Ale nie wysokość czyni ją wyjątkową, a zabójczy współczynnik śmiertelności. Do 2023 roku na Annapurnie zginęło około 35% wspinaczy, którzy próbowali jej podboju. Dla porównania – na znacznie wyższym Mount Evereście współczynnik ten wynosi około 4%. To oznacza, że co trzeci śmiałek, który stawia stopę na zboczach Annapurny, nie przeżywa tej przygody.
Pamiętam, jak jeden z moich znajomych himalaistów mawiał: „Na Everest idziesz, gdy chcesz mieć zdjęcie na Facebooku. Na Annapurnę, gdy naprawdę chcesz sprawdzić, czy masz jaja ze stali”. Brutalne, ale oddaje specyfikę tej góry.
Dlaczego Annapurna jest tak niebezpieczna?
Co sprawia, że ta góra zapisała się tak krwawymi zgłoskami w historii himalaizmu? Powodów jest kilka, a każdy z nich to potencjalny wyrok śmierci dla wspinaczy.
Przede wszystkim, Annapurna jest naszpikowana lawinami jak świąteczny sernik rodzynkami. Strome zbocza, pokryte śniegiem i lodem, są niezwykle niestabilne. Do tego dochodzą potężne seraki – ogromne bryły lodowe, które mogą w każdej chwili runąć w dół. Jeśli znajdziesz się pod taką lawininą, możesz jedynie liczyć na cud. I to nie przesada – wielu doświadczonych himalaistów mówi wprost: „Na Annapurnie nie ma bezpiecznych miejsc”.
Kolejny czynnik to kapryśna pogoda. Warunki atmosferyczne potrafią zmienić się w ciągu kilku godzin ze słonecznych na śnieżną zawieruchę. Okno pogodowe, czyli czas, w którym można bezpiecznie atakować szczyt, jest na Annapurnie wyjątkowo krótkie. Jak to dosadnie ujął kiedyś jeden z przewodników: „Na Annapurnie pogoda potrafi zrobić ci takiego psikusa, że się nie pozbierasz”.
Do tego dochodzi jeszcze trudna logistyka wspinaczki. Baza znajduje się daleko od szczytu, co wymaga długiego podejścia przez trudny teren. A im dłużej przebywasz w strefie śmierci (powyżej 7500 m n.p.m.), tym większe ryzyko, że twój organizm po prostu się podda.
Pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty przez człowieka
Mimo tych wszystkich niebezpieczeństw, Annapurna przeszła do historii jako pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty przez człowieka. Dokonała tego francuska ekspedycja pod kierownictwem Maurice’a Herzoga w 1950 roku. Herzog wraz z Louisem Lachenallem stanęli na szczycie 3 czerwca, ale zapłacili za to straszliwą cenę. Schodzili w śnieżycy, bez rękawic, a skutkiem były ciężkie odmrożenia, które skończyły się amputacją palców u rąk i nóg Herzoga.
Historia tego pierwszego wejścia pokazuje, jak bezlitosna potrafi być Annapurna. Herzog w swojej książce „Annapurna – pierwszy ośmiotysięcznik” napisał zdanie, które stało się kultowe w środowisku wspinaczkowym: „Na takich wysokościach pozostaje tylko przytomność, która pozwala człowiekowi cierpieć”. Mocne, prawda?
Najtragiczniejsze wyprawy na Annapurnę
Lista ofiar Annapurny jest długa i bolesna. W 1992 roku podczas rosyjskiej wyprawy w lawinie zginęło od razu 6 wspinaczy. W 2014 roku lawina zmiotła trójkę wybitnych himalaistów: Hansjörga Auera, Davida Lama i Jessa Rosskelleya. Taka jest brutalna rzeczywistość na tej górze.
Co ciekawe, sporo wypadków przydarza się podczas zejścia ze szczytu. Wielu wspinaczy, zmęczonych i osłabionych, popełnia wtedy błędy, które kosztują ich życie. Jak mówią doświadczeni himalaiści: „Szczyt to dopiero połowa drogi. A na Annapurnie druga połowa jest często o wiele trudniejsza”.
Pamiętam relację mojego kolegi, który był świadkiem takiej tragedii. „Widzieliśmy ich przez lornetkę, jak schodzili. A potem nagle rozpętało się piekło – lawina i po prostu… zniknęli. Jak zdmuchnięte zapałki. Tak po prostu. Byliśmy bezsilni.”
Kobiece wyzwanie – polska historia na Annapurnie
Polscy himalaiści również mają swoją historię związaną z Annapurną. W 1985 roku Wanda Rutkiewicz, legendarna polska himalaistka, jako pierwsza kobieta stanęła na szczycie Annapurny I. Jej wyczyn był tym bardziej imponujący, że dokonała tego nową drogą, trudniejszą technicznie.
Niestety, polska historia na Annapurnie ma też swoje ciemne karty. W 1979 roku podczas próby zdobycia południowej ściany Annapurny zginęli Jerzy Kukuczka i Zbigniew Wach. Kukuczka wrócił później w te rejony i zdobył szczyt w 1981 roku.
Annapurna nie oszczędza nikogo – nawet najbardziej doświadczonych wspinaczy. Ale jak to w środowisku górskim bywa: „Góry uczą pokory, a Annapurna uczy jej najbardziej”.
Dlaczego wciąż próbują?
Po co, u licha, ludzie nadal próbują zdobyć górę, która ma taką zabójczą reputację? Odpowiedź jest równie złożona jak sama natura wspinaczki wysokogórskiej.
Dla wielu jest to ostateczny sprawdzian umiejętności i charakteru. Inni chcą zmierzyć się z legendą, dopisać swoje nazwisko do elitarnej listy tych, którzy pokonali „górę śmierci”. A jeszcze inni… cóż, jak to ujął jeden z himalaistów: „Bo istnieje. A jeśli istnieje, to ktoś musi na nią wejść”.
Mimo wszystkich zagrożeń, Annapurna wciąż przyciąga najodważniejszych. I chociaż wielu z nich nie wraca, to górskie braterstwo pamięta o każdym, kto zaginął na jej zboczach. Bo w końcu, jak mawiają w Himalajach: „Góra zawsze zostaje. Ale wspomnienia o tych, którzy się na nią wspinali, również”.
Annapurna pozostaje królową górskich wyzwań – piękną, majestatyczną i śmiertelnie niebezpieczną. I chociaż statystyki mówią same za siebie, co roku kolejni śmiałkowie stają u jej stóp, gotowi zmierzyć się z legendą. A my, siedząc wygodnie w ciepłych domach, możemy tylko podziwiać ich odwagę… lub uznać ich za kompletnych szaleńców. Bo jak to się mówi w środowisku wspinaczkowym: „Normalny człowiek nie pcha się tam, gdzie nawet yeti chodzi bokiem”.
