Ameryka Południowa to nie tylko Amazonka i Andy. To kontynent, gdzie znajdziesz plaże tak piękne, że na ich widok szczęka opada do samej ziemi. Mówię ci, po wielu latach podróżowania, nigdzie indziej nie widziałem takiego połączenia dzikiej natury, krystalicznie czystej wody i atmosfery, która sprawia, że nawet największy pracoholik zapomina o deadlinach. Oto lista miejsc, gdzie warto rzucić wszystko i pojechać choćby na tydzień, by zamoczyć stopy w wodach otulających wybrzeża tego fascynującego kontynentu.
Fernando de Noronha – brazylijski raj, o którym mało kto słyszał
Jakieś 350 km od wybrzeży Brazylii leży archipelag, który spokojnie mógłby konkurować z Malediwami. Fernando de Noronha to miejsce, które Brazylijczycy trzymali w tajemnicy przed resztą świata tak długo, jak tylko mogli. I nic dziwnego – tutejsze plaże to absolutny top.
Baía do Sancho regularnie wygrywa w rankingach na najpiękniejszą plażę świata. Żeby się na nią dostać, musisz zejść metalową drabinką przymocowaną do skały, przecisnąć się przez wąską szczelinę, a potem pokonać jeszcze jedną drabinkę. Brzmi jak robota dla Indiany Jonesa? Może i tak, ale kiedy już staniesz na miękkim piasku i zobaczysz turkusową zatokę otoczoną bujną zielenią, będziesz wiedział, że było warto.
Co ciekawe, władze archipelagu dbają o to, żeby miejsce nie zostało zadeptane przez turystów – dziennie wpuszczają tylko 500 osób z zewnątrz. Więc jak już wykombinujesz, jak tam dotrzeć, i wybulisz niemałą kasę za przelot, opłatę ekologiczną i nocleg, to możesz liczyć, że nie będziesz się przepychał łokciami wśród tłumów spragnionych słońca urlopowiczów.
Plaże Kolumbii – od Karaibów po Pacyfik
Kolumbia to kraj, który ma wyjątkowego farta – jego plaże obmywają dwa oceany: Atlantyk (a właściwie Morze Karaibskie) i Pacyfik. I choć niewielu z nas kojarzy ten kraj z plażowaniem, to właśnie tam znajdziesz jedne z najpiękniejszych zakątków wybrzeża w całej Ameryce Południowej.
Parque Tayrona to miejsce, gdzie dżungla spotyka się z morzem. Dosłownie – wychodzisz z gęstego lasu i bam! – masz przed sobą plażę jak z reklamy Bounty. Białe jak mąka piaski, palmy wiszące nad wodą i zatoki, w których możesz zanurkować i pooglądać kolorowe ryby. Nie przesadzam ani trochę, mówiąc, że to jeden z najpiękniejszych parków narodowych na świecie.
A jeśli masz dość leżenia plackiem na piasku, to wyrwij się na Playa Blanca na wyspie Barú. Kryształowo czysta woda, rafy koralowe na wyciągnięcie ręki i lokalne przekąski serwowane prosto na plaży. Jedyny minus? Turyści już odkryli to miejsce, więc w szczycie sezonu może być tłoczno. Moja rada – zostań na noc. Większość wycieczkowiczów wraca wieczorem do Cartageny, a ty będziesz mógł cieszyć się gwiaździstym niebem nad głową i szumem fal. Z własnego doświadczenia mówię – nie ma nic lepszego niż zasypianie w hamaku przy plaży!
Cartagena – nie tylko dla miłośników historii
Skoro już o Cartagenie wspomniałem – to miasto jest jak pudełko czekoladek. Z jednej strony masz kolonialną starówkę z kolorowymi kamienicami i muzyką na każdym rogu, a z drugiej – plaże, które aż się proszą o Instagram. Bocagrande to taka kolumbijska Copacabana – szeroka, piaszczysta plaża z drapaczami chmur w tle. Nie jest to może najbardziej dziewicze miejsce na ziemi, ale atmosfera jest niesamowita.
Jeśli jednak wolisz coś bardziej kameralnego, skocz łódką na Playa Azul. Ta turkusowa zatoka z białym piaskiem jest tak urocza, że niejeden turysta zostawił tam swoje serce (a niektórzy nawet przedłużali pobyt o kolejny tydzień – tak jak mój kumpel Michał, który miał wrócić na bardzo ważne spotkanie, ale stwierdził, że klient poczeka, a taka plaża zdarza się raz w życiu).
Ekwador – plaże pacyficzne dla poszukiwaczy przygód
Ekwador to kraj, który często umyka uwadze podróżników planujących plażowy wypad. A szkoda, bo jego wybrzeże Pacyfiku to istny raj dla surferów i miłośników dzikiej przyrody.
Montañita to mekka dla wszystkich, którzy kochają deskę i fale. Ta niewielka miejscowość przyciąga jak magnes ludzi z całego świata. W dzień wszyscy szaleją na falach, a wieczorem imprezują do białego rana. Plaża jest długa i piaszczysta, a fale potrafią być naprawdę imponujące. Pamiętam, jak pewnego razu zobaczyłem tam falę tak wielką, że aż ciarki mnie przeszły – a potem jakiś koleś po prostu wskoczył na deskę i pojechał, jakby to była bułka z masłem.
Zupełnie inny klimat ma Los Frailes – plaża w Parku Narodowym Machalilla. To miejsce tak spokojne, że można by tu kręcić reklamy środków nasennych. Półkolista zatoka otoczona klifami, krystalicznie czysta woda i praktycznie żadnych ludzi. Idealne miejsce, żeby poleżeć z książką, posłuchać szumu fal i po prostu odciąć się od świata. Telefon? Jaki telefon? Nigdy o takim nie słyszałem.
Chile – surowe piękno najdłuższego kraju świata
Chile to dla mnie fenomen – kraj ciągnie się wzdłuż wybrzeża na ponad 4000 kilometrów, a mało kto myśli o nim jak o miejscu na plażowe wakacje. A to błąd, i to spory!
Plaże północnego Chile, zwłaszcza w okolicach Arica i Iquique, to prawdziwa rewelacja. Woda jest co prawda chłodniejsza niż na Karaibach (mówimy o Pacyfiku, więc nie ma co się spodziewać ciepłej wanny), ale za to krajobrazy zapierają dech w piersiach. Wyobraź sobie pustynne wzgórza schodzące prosto do oceanu, a u ich stóp złociste plaże i turkusowa woda. Bajka, nie?
Jeśli wolisz coś bardziej „cywilizowanego”, to Viña del Mar niedaleko Valparaiso oferuje miejskie plaże z całą infrastrukturą. Lokalni nazywają to miasto „La Ciudad Jardín” (Miasto-Ogród) i trudno się z nimi nie zgodzić – jest zielono, elegancko i bardzo przyjemnie. Plaże są szerokie i piaszczyste, choć woda bywa kapryśna – czasem spokojniutka, a czasem z falami, które potrafią przewrócić dorosłego chłopa. Mówię to z autopsji, bo sam zaliczyłem takie „bliskie spotkanie trzeciego stopnia” z pacyficzną falą.
Wenezuela – ukryte skarby w cieniu politycznych zawirowań
Wenezuela w ostatnich latach nie cieszy się najlepszą prasą ze względu na sytuację polityczną. Ale gdyby patrzeć wyłącznie przez pryzmat natury, to ten kraj ma jedne z najbardziej spektakularnych plaż w całej Ameryce Południowej.
Los Roques to archipelag, który wygląda jak żywcem wyjęty z katalogu biura podróży reklamującego Karaiby. Wyobraź sobie dziesiątki maleńkich wysepek rozsianych po turkusowym morzu, każda z oślepiająco białą plażą i palmami kołyszącymi się na wietrze. To raj dla nurków i snorkelerów – podwodny świat jest tu niesamowicie bogaty i kolorowy.
Playa Colorada to z kolei miejsce dla tych, którzy lubią mieć plażę prawie na wyłączność. Ta zatoka z różowawym piaskiem (stąd nazwa) jest otoczona klifami i dostępna głównie od strony morza, co skutecznie odstrasza tłumy. Za to ci, którzy się tam dostaną, mogą liczyć na niezapomniane wrażenia – woda jest tak przejrzysta, że widać dno nawet kilka metrów od brzegu.
Podsumowanie – która plaża dla kogo?
Wybór najpiękniejszej plaży to trochę jak wybór ulubionego dziecka – każda ma w sobie coś wyjątkowego i na swój sposób kradnie serce. Jeśli szukasz luksusowego wypoczynku z całą infrastrukturą, stawiam na brazylijska Copacabanę albo Ipanema. Marzysz o dzikich, pustych plażach? Ekwadorskie Los Frailes lub wenezuelska Playa Colorada będą strzałem w dziesiątkę.
Dla surferów i imprezowiczów idealna będzie Montañita w Ekwadorze. Z kolei miłośnicy natury i dzikiego życia zakochają się w Parque Tayrona w Kolumbii. A jeśli chcesz zobaczyć plażę, która regularnie wygrywa w rankingach na najpiękniejszą na świecie, koniecznie musisz dotrzeć do Fernando de Noronha w Brazylii.
Niezależnie od tego, którą plażę wybierzesz, jedno jest pewne – Ameryka Południowa dostarczy ci wrażeń, których nie znajdziesz nigdzie indziej. I nawet jeśli będziesz musiał trochę się natrudzić, żeby dotrzeć do niektórych z tych rajskich zakątków, to obiecuję ci – będzie warto. Bo nie ma nic lepszego niż poczucie, że odkryło się miejsce, o którym inni tylko marzą. Mówię to z ręką na sercu jako człowiek, który przeszedł niejeden kilometr w poszukiwaniu idealnej plaży. I wiesz co? Wiele z tych idealnych znalazłem właśnie w Ameryce Południowej.
