Seszele to prawdziwy raj na ziemi – archipelag 115 wysp na Oceanie Indyjskim, który przyciąga turystów swoimi nieziemskimi plażami, krystalicznie czystą wodą i unikalną przyrodą. Byłam tam w zeszłym roku i do dziś nie mogę zapomnieć tego miejsca. Jeśli planujesz wyjazd na Seszele, koniecznie sprawdź, które atrakcje warto zobaczyć. Zebrałam dla Ciebie najciekawsze miejsca, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Przygotuj się na spory wydatek, ale uwierz mi – każdy grosz wydany na tę podróż będzie dobrą inwestycją!
Anse Source d’Argent – najbardziej fotogeniczna plaża świata
No dobrze, zacznijmy od czegoś, co wbija w fotel! Anse Source d’Argent na wyspie La Digue to absolutny numer jeden na liście miejsc, które musisz zobaczyć. Nie bez powodu jest to jedna z najczęściej fotografowanych plaż na świecie. Pierwsze wrażenie? Szok i niedowierzanie, że takie miejsca naprawdę istnieją!
Olbrzymie granitowe głazy, które wyglądają jakby jakiś gigant rozrzucił je po plaży dla zabawy, kontrastują z miękkim, różowym piaskiem i turkusową wodą. Zdjęcia, które widziałam przed wyjazdem, nie oddają nawet w połowie tego, jak wygląda to miejsce na żywo. Żeby dostać się na plażę, musisz najpierw wejść na teren plantacji L’Union Estate (wstęp kosztuje około 115 SCR, czyli jakieś 30 zł) i przejść przez farmę wanilii oraz starą kolonialną posiadłość.
Mała rada od doświadczonego podróżnika: przyjdź tam wcześnie rano albo późnym popołudniem, kiedy większość turystów już sobie pójdzie. W środku dnia bywa tam tłoczno jak na Krupówkach w sezonie! A jeszcze jedno – zabierz buty do wody, bo wejście do morza jest kamieniste i można nabawić się nieprzyjemnych skaleczeń.
Park Narodowy Vallée de Mai – w poszukiwaniu „zakazanego owocu”
Jeśli myślisz, że Seszele to tylko plaże, to grubo się mylisz! Park Narodowy Vallée de Mai na wyspie Praslin to miejsce, które dosłownie przenosi Cię do prehistorycznej dżungli. Ten gęsty las, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, to jeden z niewielu obszarów na Ziemi, gdzie rośnie endemiczna palma Coco de Mer, rodząca największe nasiona świata.
Wstęp do parku nie należy do tanich (około 350 SCR, czyli jakieś 90 zł), ale warto wydać te pieniądze. Kiedy spacerujesz ścieżkami wśród olbrzymich palm, czujesz się jak w scenerii z „Parku Jurajskiego”. Coco de Mer to absolutny ewenement – jej nasiona przypominają kształtem… no cóż, damskie pośladki. Nie bez powodu Brytyjczycy nazywali je kiedyś „zakazanym owocem”!
Podczas wizyty w parku masz szansę zobaczyć też rzadkiego czarnego papugę seychellską. Mi się udało, choć musiałam wykazać się cierpliwością i dobrym wzrokiem. Warto wynająć przewodnika, który pomoże wypatrzeć te płochliwe ptaki i opowie fascynujące historie o lokalnej florze i faunie. Bez niego połowa ciekawostek przeszłaby Ci koło nosa.
Wyspa Curieuse – spotkanie z żółwiami olbrzymimi
Curieuse to mała wysepka na północ od Praslin, która skradła moje serce. Kiedyś była kolonią dla trędowatych, a dziś jest domem dla około 300 żółwi olbrzymich. Te gigantyczne gady chodzą sobie swobodnie po wyspie, a Ty możesz podejść do nich na wyciągnięcie ręki!
Najłatwiej dostać się tam łodzią z Praslin – wycieczka zajmuje pół dnia i kosztuje około 60-70 euro, ale każdy cent jest wart tego doświadczenia. Oprócz żółwi, na wyspie zobaczysz też czerwoną ziemię, która kontrastuje z zielonością palm i błękitem oceanu, tworząc niesamowite tło do zdjęć.
Pamiętam, jak jeden z żółwi podszedł do mnie i zaczął skubać moją kolorową sukienkę – przewodnik wyjaśnił, że pomylił ją z kwiatami, którymi czasem się żywią. Ależ miałam ubaw! Tylko pamiętaj, żeby ich nie dotykać i nie karmić – to chronione zwierzęta, a turyści często zapominają, że są w ich domu, a nie w ZOO.
Anse Lazio – plaża idealna
Anse Lazio na Praslin regularnie trafia do rankingów najpiękniejszych plaż świata i nie ma w tym żadnej przesady. Kiedy pierwszy raz tam dotarłam, po prostu zaniemówiłam. Miękki biały piasek, krystalicznie czysta woda w odcieniach od turkusu po głęboki błękit, palmy pochylające się nad brzegiem i granitowe głazy po obu stronach zatoki – jak z pocztówki, tylko lepiej!
W przeciwieństwie do Anse Source d’Argent, woda przy Anse Lazio jest głębsza i świetna do pływania. Nie trzeba przedzierać się przez płycizny i rafy – wchodzisz i od razu możesz się zanurzyć. Co więcej, to idealne miejsce do snorkelingu – ryby podpływają tak blisko brzegu, że można je oglądać praktycznie stojąc w wodzie.
Na plaży znajdziesz też dwie restauracje – Bonbon Plume i Le Chevalier, gdzie serwują świeże owoce morza. Ceny są… cóż, seychejskie, czyli kosmiczne, ale jedzenie przepyszne. Spróbuj grillowanej ośmiornicy z sosem kreolskim – niebo w gębie!
Praktyczne wskazówki dla odwiedzających Anse Lazio
Choć brzmi to jak raj, warto znać kilka haczyków. Dojazd do plaży nie jest najłatwiejszy – musisz wpiąć się stromą, krętą drogą, co przy upale potrafi dać w kość. Możesz wynająć taksówkę (około 25 euro w jedną stronę) albo skorzystać z lokalnego autobusu, który jest znacznie tańszy, ale jeździ rzadko.
Kilka lat temu na tej plaży zdarzały się ataki rekinów, ale władze zainstalowały specjalne sieci ochronne i od tamtej pory jest bezpiecznie. Mimo to, zawsze miej oko na flagi ostrzegawcze – czerwona oznacza zakaz kąpieli. No i nie zapomnij o kremie z filtrem! Słońce na równiku jest bezlitosne – przekonałam się o tym na własnej skórze, dosłownie i w przenośni.
Wyspa Bird Island – raj dla miłośników ptaków
Bird Island (Wyspa Ptasia) leży na północnym krańcu archipelagu i, jak sama nazwa wskazuje, jest domem dla tysięcy ptaków morskich. To miejsce dla tych, którzy cenią sobie spokój z dala od turystycznego zgiełku – na wyspie jest tylko jeden niewielki hotel z 24 pokojami.
W szczycie sezonu lęgowego (maj-październik) wyspę zamieszkuje ponad 1,5 miliona rybitw czarnogrzpietych! Wyobraź sobie ten harmider… Kiedy wędrowałam po wyspie, czułam się jak w scenerii z filmu Hitchcocka „Ptaki” – tyle że tu skrzydlate stworzenia nie były wrogo nastawione, tylko zajęte własnymi sprawami.
Na Bird Island mieszka też Esmeralda – jeden z najstarszych żółwi olbrzymich na świecie, który ma podobno ponad 170 lat! Ten staruszek wygląda, jakby widział więcej historii niż niejeden podręcznik. Szkoda tylko, że nie może opowiedzieć swoich przygód.
Ciekawostka – na wyspie nie ma zasięgu telefonicznego ani telewizji. Dla niektórych to koszmar, dla innych – idealna okazja do cyfrowego detoksu. Ja należę do tej drugiej grupy i te trzy dni bez Instagrama, Facebooka i ciągłego sprawdzania maili były błogosławieństwem.
Victoria – najmniejsza stolica na świecie
Victoria na wyspie Mahé to najmniejsza stolica państwa na świecie, ale nie daj się zwieść jej rozmiarom – jest tu co robić! Całe centrum można zwiedzić w godzinę, ale warto poświęcić całody dzień. Zacznij od targowiska Sir Selwyn Selwyn-Clarke Market, gdzie kupisz świeże owoce, przyprawy i lokalne rękodzieło. Intensywne zapachy, kolory i gwar targowiska to prawdziwa uczta dla zmysłów!
Zegar na skrzyżowaniu Albert Street i Francis Rachel Street to replika wieży zegarowej z Londynu – miejscowi mówią na nią „mały Ben”, co mnie nieźle rozbawiło. W pobliżu znajduje się też Ogród Botaniczny, gdzie możesz zobaczyć żółwie olbrzymie, latające lisy (czyli ogromne nietoperze) i palmy Coco de Mer w bardziej dostępnym otoczeniu niż w Vallée de Mai.
Koniecznie zajrzyj też do katedry Niepokalanego Poczęcia, która jest najstarszym kościołem katolickim na Seszelach. Może nie dorównuje europejskim katedrom, ale ma swój urok i ciekawą historię.
Na lunch polecam restaurację Marie Antoinette – to instytucja na Seszelach, działająca od 1972 roku. Serwują tradycyjne dania kreolskie w formie all you can eat. Owszem, trochę drogo (około 35 euro od osoby), ale jedzenie jest autentyczne i pyszne – spróbuj curry z nietoperza, jeśli masz odwagę! Ja spasowałam, ale mój partner był bardziej śmiały i twierdził, że smakuje jak kurczak… choć wszystko podobno smakuje jak kurczak, prawda?
Morne Seychellois National Park – dla spragnionych aktywności
Jeśli masz już dość wylegiwania się na plaży (choć szczerze wątpię!), wybierz się do Parku Narodowego Morne Seychellois na wyspie Mahé. Park zajmuje aż 20% powierzchni wyspy i oferuje kilkanaście szlaków trekkingowych o różnym poziomie trudności.
Najbardziej popularny to szlak na szczyt Morne Blanc (667 m n.p.m.), z którego rozciąga się obłędny widok na zachodni brzeg wyspy. Trasa zajmuje około 1,5-2 godziny w jedną stronę i nie jest specjalnie wymagająca. Warto wyruszyć wcześnie rano, zanim słońce zacznie mocno przygrzewać.
Bardziej wymagający jest trek na najwyższy szczyt Seszeli – Morne Seychellois (905 m n.p.m.). Ta wycieczka zajmuje cały dzień i lepiej wybrać się tam z przewodnikiem, bo szlak czasami jest słabo oznakowany. Podczas wędrówki przechodzisz przez las deszczowy, gdzie możesz spotkać endemiczne gatunki ptaków i roślin.
Pamiętaj o zabraniu dużej ilości wody, nakrycia głowy i kremu z filtrem. Wilgotność powietrza sięga czasem 90%, więc człowiek poci się jak mysz w połogu. Nie zapomnij też o środku na komary – te małe wampiry potrafią skutecznie zepsuć przyjemność z wędrówki.
Podsumowanie
Seszele to nie tylko luksusowe kurorty i plaże jak z bajki. To różnorodny kraj, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie – od leniwego wylegiwania się na piasku, przez obserwowanie egzotycznych zwierząt, po aktywne wędrówki górskimi szlakami. Choć to kierunek z wyższej półki cenowej, naprawdę warto uzbierać trochę dłużej na tę podróż.
Najlepszy czas na wizytę? Kwiecień-maj oraz październik-listopad, kiedy temperatura jest idealna (26-30°C), a deszcze nie tak częste. Unikaj okresu od grudnia do marca (pora deszczowa) oraz lipca-sierpnia (silne wiatry).
Na koniec mała rada – nie próbuj zobaczyć wszystkich wysp podczas jednej wizyty. Lepiej skupić się na 2-3 i poznać je dogłębnie. Seszele to miejsce, do którego chce się wracać, więc zawsze możesz zostawić sobie coś na przyszłość. Ja już planuję kolejną wizytę, bo ten kawałek raju skradł moje serce. A Tobie? Też ukradnie, gwarantuję!
