Zanzibar. Już sama nazwa brzmi jak obietnica egzotycznej przygody! Gdy wylądowałam na tej tanzańskiej wyspie, od razu wiedziałam, że zakocham się w jej urokach. Biały piasek skrzypiący pod stopami, turkusowa woda, zapachy przypraw unoszące się w powietrzu i uśmiechnięci mieszkańcy. W ciągu dwóch tygodni odkryłam miejsca, które na zawsze pozostaną w moim sercu. Dzielę się z Wami moimi doświadczeniami, bo Zanzibar to znacznie więcej niż tylko rajskie plaże!
Stone Town – labirynt historii i kultury
Pierwszym punktem mojej przygody było Stone Town – zabytkowe serce Zanzibaru i miejsce wpisane na listę UNESCO. Szczerze? Początkowo byłam przytłoczona. Wąskie uliczki tworzą prawdziwy labirynt, w którym zgubić się to kwestia minut. Ale właśnie to jest w tym miejscu najpiękniejsze!
Plątanina krętych uliczek kryje prawdziwe skarby: masywne rzeźbione drzwi (każde opowiadają inną historię!), kupieckie domy z charakterystycznymi balkonami i dziedzińcami. Zdarzyło mi się nie raz zabłądzić, ale dzięki temu trafiłam na mały lokalny warsztat, gdzie rzemieślnik tworzył biżuterię z muszli – mam teraz wyjątkową pamiątkę, której nie znajdziecie w żadnym sklepie dla turystów.
Koniecznie musicie zobaczyć Dom Cudów (House of Wonders) – chociaż po pożarze w 2020 roku jest w renowacji, nadal robi wrażenie. Tuż obok znajduje się Pałac Sułtana i Stary Fort. Dla mnie jednak najbardziej poruszającym miejscem było Muzeum Niewolnictwa z autentycznymi celami, w których przetrzymywano ludzi. Ciarki przechodzą, gdy stoi się w tak strasznym miejscu i myśli o ludzkiej historii.
Wieczorem koniecznie idźcie na Forodhani Gardens – nadmorski park, który o zmierzchu zamienia się w istny raj dla łasuchów. Stoiska z grillowanymi owocami morza, zanzibarskie pizza (chapati z nadzieniem), świeże soki… Palce lizać! Jadłam tutaj najlepsze krewetki w życiu, prosto z grilla, skropione sokiem z limonki. Kosztowało to grosze, a smak do dziś mam na języku!
Plaże, które zapierają dech w piersiach
No dobra, nie oszukujmy się – plaże to jeden z głównych powodów, dla których ludzie ciągną na Zanzibar jak pszczoły do miodu. I wcale się nie dziwię! Spędziłam kilka dni na północy wyspy, w Nungwi, gdzie plaża wygląda jak żywcem wyjęta z pocztówki. Biały piasek tak drobny, że przypomina puder, woda tak przejrzysta, że widać każdą rybkę. Słowo daję, nigdy wcześniej nie widziałam tak intensywnego koloru morza!
Na wschodnim wybrzeżu zakochałam się w Paje – to mekka kitesurferów. Wiatr wieje tu niemal zawsze, więc plaża tętni życiem i kolorami latawców. Nie umiem kitesurfować, ale zapisałam się na jednodniowy kurs. Efekt? Połknęłam trochę słonej wody, narobiłam siniaków i… zapisałam się na kolejne lekcje! To uzależnia!
Ciekawostka: na Zanzibarze występuje zjawisko odpływów. Rano budzisz się z widokiem na ocean, a kilka godzin później morze cofa się nawet o kilkaset metrów! Miejscowi wykorzystują ten czas na zbieranie ośmiornic i małż, a turyści – na spacery po odsłoniętym dnie. To jak zwiedzanie innej planety!
Mój insider tip: unikajcie plaży Kiwengwa po południu. Jest przepiękna, ale lokalne kobiety zbierają tam algi hodowlane i widoczność w wodzie spada praktycznie do zera. Za to poranny wschód słońca obserwowany stamtąd to mistyczne przeżycie!
Spice tour – zanzibarskie przyprawy w roli głównej
Zanzibar nie bez powodu nazywany jest Wyspą Przypraw. Wycieczka po plantacjach przypraw to obowiązkowy punkt programu! Na początku myślałam, że to typowa komercyjna atrakcja, ale nic bardziej mylnego. Nasz przewodnik, Juma, znał każdą roślinę jak własną kieszeń i opowiadał o nich z taką pasją, że nawet mój mąż, któremu kuchnia kojarzy się głównie z jedzeniem, a nie gotowaniem, słuchał z wypiekami na twarzy.
Zobaczycie tam, jak rośnie wanilia (to pnącze, nie wiedziałam!), cynamon (to kora drzewa!), goździki, kurkuma, imbir i dziesiątki innych przypraw. Mogłam wszystkiego dotknąć, powąchać, posmakować. Juma robił dla nas improwizowane „zgadywanki zapachowe” – śmiechu było co niemiara, gdy pomyliłam kardamon z pieprzem!
Na koniec wycieczki lokalny chłopak wspiął się na palmę kokosową jak Spider-Man – bez żadnych zabezpieczeń, na bosaka! Zerwał dla nas młode kokosy, które od razu otworzyliśmy i wypiliśmy orzeźwiający płyn. Po wszystkim dostaliśmy w prezencie wianki z liści i kwiatów – czułam się jak bohaterka filmu o rajskich wyspach!
Gdzie kupić oryginalne przyprawy?
Jeśli chcecie przywieźć przyprawy do domu, omijajcie szerokim łukiem turystyczne sklepiki w Stone Town. Zamiast tego udajcie się na lokalny market Darajani. Tam kupicie świeże przyprawy w cenach dla miejscowych. Pamiętajcie tylko, że targowanie się to obowiązek! Pierwsza cena jest zawsze z kosmosu. Moje łaski negocjacyjne doprowadziły sprzedawcę do śmiechu, ale w końcu kupiłam paczkę szafranu za 1/3 początkowej ceny. Nadal płaciłam pewnie więcej niż miejscowi, ale hey – taki już urok bycia mzungu (białym)!
Safari Blue – morska przygoda dla każdego
Safari Blue to całodniowa wycieczka łodzią po okolicznych wodach. Jeśli lubicie snorkeling, pływanie i owoce morza – będziecie w siódmym niebie! Wyruszyliśmy tradycyjną drewnianą łodzią dhow wczesnym rankiem z wioski Fumba.
Pierwszym przystankiem była płycizna pośrodku oceanu. Dosłownie wyszliśmy z łodzi na piaszczystą mieliznę otoczoną turkusową wodą. Uczucie jest niesamowite – stoisz na małym skrawku piasku pośrodku niczego, a wokoło rozciąga się bezkres oceanu. Idealne miejsce na instagramowe zdjęcia, ale szczerze? Zapomniałam o robieniu zdjęć, tak byłam pochłonięta samym doświadczeniem!
Potem był snorkeling przy rafie koralowej. Widziałam rozgwiazdy wielkie jak talerz, kolorowe ryby, które podpływały na wyciągnięcie ręki, a nawet małego rekina rafowego! Przewodnik znał wszystkie lokalne gatunki i pokazywał nam najciekawsze okazy.
Wisienką na torcie był lunch na bezludnej wyspie. Załoga rozpaliła grilla i serwowała owoce morza: langusty, kraby, kalmary, ryby – wszystko złowione tego samego dnia. Do tego świeże owoce – ananasy, mango, papaja… Jedliśmy palcami, siedząc na piasku pod palmami. Czysty relaks i powrót do natury!
Jedzenie, które zmienia życie
Kuchnia Zanzibaru to mieszanka wpływów afrykańskich, arabskich, indyjskich i europejskich. Najlepiej spróbować wszystkiego po trochu! Na każdym kroku można dostać świeże owoce – papaje wielkości piłki do rugby, ananasy słodsze niż cukier, mango soczyste tak, że sok cieknie po brodzie.
W Stone Town zjadłam najlepszy obiad w restauracji Lukmaan – to miejsce, gdzie jedzą lokalni mieszkańcy, więc wiadomo, że jest autentycznie. Za kilkanaście złotych dostałam talerz pilau (ryż z przyprawami), kawałek grillowanego kurczaka i mix warzyw w curry. Wszystko podane bez ceregieli, na plastikowym talerzu, ale smak… niebo w gębie!
Koniecznie spróbujcie też Urojo – to taka lokalna zupa z mango i tamaryndowca, doprawiona przyprawami i podawana z chrupiącymi dodatkami. Wygląda dziwnie, ale smakuje bosko! Znalazłam ją przypadkiem na jednym z ulicznych stoisk i wracałam tam codziennie!
Nie bójcie się jeść na ulicy – często tam jest najsmaczniej. Mój żołądek, zwykle wrażliwy na egzotyczne jedzenie, nie zaprotestował ani razu. Może to zasługa imbiru, którego tam pełno? W każdym razie, jedyne czego żałuję, to że nie mogłam przywieźć tych smaków do Polski…
Zamiast zakończenia – praktyczne wskazówki
Zanzibar skradł moje serce i jestem pewna, że ukradnie też Wasze. Kilka praktycznych rad na koniec:
- Weźcie ze sobą dolary – najlepiej banknoty wydane po 2009 roku, starsze bywają odrzucane. Lokalną walutą jest szyling tanzański, ale dolary są akceptowane wszędzie.
- Szanujcie lokalną kulturę – Zanzibar to w większości muzułmańska wyspa. Bikini jest OK na plażach turystycznych, ale w miasteczkach i wioskach lepiej zakrywać ramiona i kolana.
- Nauczcie się kilku zwrotów w suahili – „Jambo” (cześć), „Asante” (dziękuję), „Pole pole” (powoli, powoli – ulubione powiedzenie Zanzibarczyków). Miejscowi docenią Wasz wysiłek i odpłacą się uśmiechem!
- Nie dajcie się nabrać na „braci z plaży” – na popularnych plażach grasują naciągacze oferujący wszystko od wycieczek po marihuanę. Wycieczki lepiej organizować przez hotele lub sprawdzone biura.
Zanzibar to miejsce, do którego chce się wracać. Leżąc w samolocie powrotnym, już planowałam kolejną wizytę. Bo choć przywiozłam ze sobą przyprawy, zdjęcia i pamiątki, to najważniejszego nie da się spakować do walizki – tej specyficznej atmosfery, gdzie czas płynie wolniej, a problemy wydają się mniejsze. To wszystko trzeba przeżyć na własnej skórze. Hakuna matata!
