Kiedy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcia Vinicunca, pomyślałam: „przecież to niemożliwe, to na pewno Photoshop!”. Tęczowe pasma skał wyglądające jak gigantyczna kolorowa kreda, którą jakiś kosmiczny artysta postanowił ozdobić Andy. A jednak, te niesamowite góry istnieją naprawdę i stały się w ostatnich latach jedną z największych atrakcji Peru. Barwne wzgórza, zwane również Montaña de Siete Colores (Górą Siedmiu Kolorów), kryją się na wysokości ponad 5000 m n.p.m., a droga do nich to przygoda sama w sobie.
Skąd się wzięły te kolory? Natura potrafi zaskoczyć!
Zanim opowiem o samej wyprawie, warto zrozumieć, skąd wzięło się to tęczowe cudo natury. Nie, to nie są żadne farbki ani sztuczne dodatki – choć czasami tubylcy dla żartu opowiadają turystom, że góry pomalowano dla zwiększenia ruchu turystycznego. Prawda jest znacznie ciekawsza!
Wszystko przez geologię, a dokładniej przez różne minerały obecne w skałach. Czerwone pasma to żelazo, różowe – mangany, zielone – miedź i chloryty, a żółte – siarka i siarczki. Do tego dochodzi wapień i glina, które tworzą pozostałe odcienie. Przez miliony lat warstwy różnych minerałów nagromadziły się, a potem zostały wypchnięte na powierzchnię przez ruchy tektoniczne płyt. Efekt? Widok, który zwala z nóg nawet najbardziej doświadczonych podróżników!
Co ciekawe, Vinicunca była praktycznie nieznana turystom jeszcze kilkanaście lat temu. Lokalni mieszkańcy od wieków wiedzieli o istnieniu kolorowych wzgórz, ale dopiero topnienie lodowców (smutny efekt zmian klimatycznych) odsłoniło je w pełnej krasie. Paradoksalnie, globalne ocieplenie zrobiło nam „przysługę”, odkrywając ten cud natury. No ale nie cieszmy się z tego za bardzo, bo klimat to nie przelewki.
Jak dotrzeć do tęczowych gór? Nie takie hop-siup!
Powiem szczerze – droga do Vinicunca to nie spacerek! Bazą wypadową jest najczęściej Cusco, dawna stolica imperium Inków i obecnie turystyczne centrum regionu. Z Cusco trzeba najpierw dostać się do miasteczka Pitumarca, co zajmuje jakieś 3 godziny jazdy autobusem lub busem. Jeśli nie chcesz zawracać sobie głowy logistyką, możesz wykupić wycieczkę z Cusco – i szczerze? Polecam tę opcję, zwłaszcza jeśli nie mówisz biegle po hiszpańsku.
Z Pitumarki czeka cię jeszcze godzina jazdy do punktu startowego trekkingu – wioski Qesoyuno. Dopiero stamtąd zaczyna się prawdziwe wyzwanie – trzygodzinny trek na wysokości między 4300 a 5200 m n.p.m. I tu zaczyna się zabawa! Rzadkie powietrze, strome podejścia i kapryśna górska pogoda potrafią dać w kość nawet wysportowanym turystom.
Pamiętam, jak podczas mojej wyprawy szłam wolno, robiąc dwa kroki i łapiąc oddech. „Cholerska wysokość” – myślałam, próbując uspokoić walące serce. Czułam się jak staruszka, a przecież regularne biegam! No ale co zrobisz, gdy tlenu brakuje? I właśnie dlatego aklimatyzacja w Cusco przed wycieczką to absolutna konieczność – minimum dwa dni, a najlepiej trzy.
Kiedy jechać i co zabrać? Diabeł tkwi w szczegółach
Najlepszym czasem na odwiedzenie Vinicunca jest pora sucha, czyli od maja do października. W porze deszczowej (listopad-kwiecień) kolory są nieco mniej intensywne, a do tego ryzyko, że trafisz na mgłę i deszcz, jest dużo większe. A uwierzcie mi – nie ma nic bardziej frustrującego niż wspinaczka przez trzy godziny tylko po to, by zobaczyć ścianę mgły!
Co do ekwipunku – nie kombinuj, tylko pakuj się ciepło. Na wysokości 5000 m może być naprawdę zimno, nawet w środku słonecznego dnia. Przyda się:
– ciepła kurtka (najlepiej puchowa)
– czapka i rękawiczki
– dobre buty trekkingowe (nie, adidasy NIE wystarczą)
– krem z filtrem SPF 50+ (słońce w górach jest bezlitosne!)
– dużo wody (min. 2 litry na osobę)
– jakieś batony energetyczne (głód na wysokości potrafi dopaść znienacka)
– leki na chorobę wysokościową (soroche, jak mówią miejscowi)
A, i jeszcze jedno – weź ze sobą trochę soli (nie żartuję!). Lokalni przewodnicy często dają turystom do żucia liście koki wymieszane z solą, co podobno pomaga na wysokogórskie dolegliwości. Działa czy nie działa? Trudno powiedzieć, ale lepiej mieć w plecaku!
Vinicunca kontra Palcoyo – czyli alternatywa dla mniej zaprawionych w bojach
Jeśli czytasz o tej wspinaczce i myślisz sobie: „No bez przesady, nie jadę na wakacje, żeby się tak męczyć” – mam dla ciebie dobrą wiadomość! Istnieje alternatywa – góra Palcoyo. To również tęczowa góra, może nieco mniej spektakularna niż Vinicunca, ale za to znacznie łatwiej dostępna. Trek do Palcoyo trwa tylko około 30 minut i nie jest tak wymagający, a widoki nadal robią wrażenie.
Palcoyo to taki „Vinicunca light” – dla tych, którzy chcą zobaczyć kolorowe góry, ale bez harowania jak osioł. Warto rozważyć tę opcję, jeśli podróżujesz z dziećmi, seniorami albo po prostu nie jesteś fanem wspinaczek.
Osobliwości i dziwactwa – czyli czego się nie spodziewasz
Jedna rzecz, która mnie totalnie zaskoczyła podczas wyprawy do Vinicunca, to… toalety. A raczej ich brak. Na szlaku jest dosłownie jedna prymitywna toaleta, za korzystanie z której trzeba zapłacić 1 sola (około 1 zł). I uwierzcie – to najdroższy sól, jaki wydacie w Peru. Za to kolejka do tego przybytku potrafi zwalić z nóg bardziej niż sama wspinaczka!
Drugą niespodzianką są lamy i alpaki, które spotkacie po drodze. Możecie zrobić sobie z nimi zdjęcie (za drobną opłatą, rzecz jasna), ale uważajcie – te miłe na pozór zwierzaki potrafią być humorzaste. Mój kolega przekonał się o tym na własnej skórze, gdy alpaka postanowiła… napluć mu prosto w twarz! Widok był komiczny, ale zapach – niekoniecznie.
No i oczywiście lokalne przysmaki. Na szlaku można kupić gorącą czekoladę i lokalne przekąski, które ratują życie w chłodne poranki. Osobiście polecam gorącą herbatę z muńa – lokalnego ziela, które pomaga na dolegliwości związane z wysokością. Smakuje trochę jak mieszanka mięty z rozmarynem, ale działa cuda!
Czy warto? Moje zdanie jest jednoznaczne
Po całym tym ie trudów i niewygód możesz się zastanawiać – czy ta Vinicunca jest warta zachodu? Odpowiadam bez wahania: absolutnie tak! Moment, gdy po trzech godzinach wspinaczki, z płonącymi płucami i obolałymi nogami, w końcu docierasz na przełęcz i widzisz te kolorowe pasma skał – jest niesamowity. To jeden z tych widoków, które zostają pod powiekami na zawsze.
Przy odrobinie szczęścia (i dobrej pogodzie) zobaczysz też majestatyczny lodowiec Ausangate górujący nad okolicą. Całość tworzy pocztówkowy widok, który wygląda jak wyjęty z Photoshopa – ale jest prawdziwy!
Moja rada? Jeśli planujesz podróż do Peru, koniecznie wpisz Vinicunca na swoją listę. Tak, to wymagająca wyprawa. Tak, będziesz przeklinać pod nosem podczas wspinaczki. Ale gdy już tam dotrzesz – zrozumiesz, dlaczego ludzie z całego świata przyjeżdżają, by zobaczyć to miejsce na własne oczy. I kto wie, może tak jak ja, będziesz chciał tam wrócić jeszcze raz.
Bo jak to mówią Peruwiańczycy: „Hay Vinicunca para rato” – Vinicunca zostaje w sercu na długo. I wiecie co? Mają całkowitą rację.
